# 92
I oto nadchodzi wiosna, ćwierkają ptaszęta, sąsiedzi wiercą od rana wiertarkami, a z zimowego letargu zbudzą się pewnie niedługo uśpione koparki na placu 1 Maja. Ludzie wylegli na ulice w swoich batmobilach, żeby zrobić wiosenne superwkurwiające korki, dzięki którym stałam godzinę w tramwaju, zamiast stać pół. Wiosnę czuć też w portfelach, moje pieniądze topnieją jak śnieg - wszystko dzięki czyhającym w każdym sklepie przecenom. W tym sezonie stawiam na kolor: brzoskwiniowa marynarka, zakupiona w sklepie dla fanek mody z Dynastii (taka sama w H&M stoi o 40 PLN więcej, skandal), jasnoziolonkawy szal, czerwony sweterek i żółte koronkowe cośtam cośtam, wystające spod spodu tego całego badziewia - tak się będę lansować dopóki w sklepach nie pojawią się letnie kolekcje.
Chciałam wczoraj szybko wygonić zimę i poszłam sobie na (sztuczne) słoneczko. Położyłam się ja, proszę was, na tyle czasu, ile zwykle leżę (zwykle! tam! byłam dwa razy jak na razie...), ale w jakimś innym solarium, gdzie mieli, jak się później okazało, mocniejsze lampy...
Ściągam spodnie: ból.
Siadam: ból.
Wstaję: ból.
Tyłek przypomina prażone jabłko, i czuję się jak zdjęta z grila. Albo gryla - elektrycznego - z telezakupów. Jednoczę się w bólu z koleżanką Kaśki, której w solarium ręcznik zsunął się na plecy i ma na nich biały trójkąt.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz